Gdy stało się jasne, że nigdy już nie będę normalna - postanowiłam, że będę przynajmniej najlepsza w swoim rodzaju. Widziałam podobnych do mnie. A jednak. Nikt nie jest ze mną spokrewniony. Aż dziwne. Niczego nie pamiętam co miałoby jakiekolwiek znaczenie dla mnie czy dla kogokolwiek. Od tamtej jednej chwili byłam jak czysta karta.
Nazywam się Karimah i narodziłam się jakiś czas temu w jakiejś dziwnej pracowni. Niestety - wydaję się, że mimo moich starań jestem najgorszą spośród wszystkich 'aniołów'. Choć w zasadzie każdy z nas wygląda inaczej, to jednak sądzę, że ja wyszłam najszkaradniej. Innym zdaje się jednak nie przeszkadzać kapelusz, szara marynarka i krótka spódniczka i złote oko wyglądające spod srebrnej grzywki (drugie oko muszę ukrywać). Ojciec powiedział, że jeszcze kiedyś będę najpiękniejsza, jednak gdy patrzę na pozostałe 'anioły' sądzę, że to niemożliwe. Graigh na przykład, jest jedynym przedstawicielem brzydszej płci wśród nas. A mimo to wydaje mi się, iż jest ode mnie ładniejszy! To chyba przez te długie i piękne jak czarny jedwab włosy, choć nie podobały mi się jego ulubione czarne golfy. On w ogóle był dziwny... taki diabeł wcielony. Ogólnie denerwują mnie również pozostałe cztery anielice, które są okazem piękna... Była śliczna Hiro. jasnowłosa piękność w króciutkiej, morskiej sukieneczce, długie tego samego koloru rękawiczki i podkolanówki do pary. Na głowie zaś nosiła coś w rodzaju opaski, której zakończenia przypominały małe skrzydełka. Lubiłam ją, nie powiem. Była miła, sympatyczna i skromna - uwielbiała czytać. I właśnie z tej racji, jako było ciemno zawsze u nas, nosiła przy sobie magiczną lampkę, która dawała niebieskie światełko. Trzymała z nią Arime, jakby jej kopia, gdyby nie długie elfie uszy i czarne jak noc długie włosy, ach tak! I ta opaska też jakaś inna, jakby w koronce i przy lewej końcówce miała sztuczną różyczkę. Ot taka gotycka lolitka, która nosiła przy sobie mnóstwo krzyży... nawet na butach. Keda była nieco inna. jej kasztanowe długie włosy pięknie falowały przy każdym szybkim ruchu mistrzyni miecza japońskiego. Zawsze w tunice lub wrzosowym kimonie. Lubiła sake... nawet bardziej chyba niż ja swój elegancki, mroczny styl... Ogólnie wredne z niej babsko, choć sądzę, że dałoby się to zmienić. Jest bezkompromisowa i czasem łatwo od niej oberwać. Natomiast osobowością dopiero była Arienne. Sukkuba jedna. Za grosz smaku i pohamowań. Gdyby mogła pokazałaby całemu światu co ma na sobie. W jej mniemaniu im gorzej było tym lepiej. Zoczona często zalecała się do Graigha, który z kolei brzydził się jej widokiem. Była ładna, fakt, jednak ta słodka twarzyczka i gorsecik z paseczkiem, który miał imitować spódniczkę wzbudzały jedynie zgorszenie. Zawsze jej powtarzałam, że gdyby tak założyła ładną sukienkę pod kolor jej lawendowych włosów i bursztynowych oczu wyglądałaby o niebo lepiej... odwracała się w ów czas na pięcie i obrażona odchodziła.
Tego jednego dnia, pamiętam to jak dziś, usłyszałam głos. Siedziałam wtedy w swoim maleńkim pokoiku, oczywiście cały w wulgarnym kuście. Wydawało mi się, że głos niesie się po całym budynku. Choć wiele z tego nie rozumiałam, czułam, że była to szansa na wolność. Wiedziałam podświadomie, że zapewne niedługo wszyscy opuścimy to miejsce. Jednak to co usłyszałam przerosło moje oczekiwania.
- Do życia potrzebny jest kryształ - powiedział i nagle zmorzył mnie sen.
-
1 komentarz:
Muszę ci przyznać, że całkiem ciekawa historia ci się zaczyna. Jestem ciekawa dalszej opowieści. Nareszcie o kimś kto nie jest najpiękniejszy i super silny :)
czekam z niecierpliwością na dalszą część.
Prześlij komentarz